ďťż

- Nie - odparł Gwiezdny Żeglarz...

Nie chcesz mnie, Ben. Składam się z siedmiu warstw popieprzenia okraszonych odrobiną gównianego szaleństwa.
- Scandal przeklinał tego ranka moje jądra, uznałem zatem, że muszę przytrzeć mu nosa. Znałem pewnego Jessotha Scandala i chyba pamiętam, gdzie mieszkał. Było to jednak sto lat temu i moje wspomnienia o nim tak się przemieszały z innymi zachowanymi w pamięci obrazami, że w praktyce przestały istnieć. - Przeklinał tylko twoje lewe jądro - wyjaśnił Tuli. - Tutejsi mieszkańcy przeklinają tylko lewe. - Jesteście bardzo odważni i szczerzy we wszystkim, co do mnie mówicie - uśmiechnął się Phylomon. - Podoba mi się to. Ludzie i Pwi mieszkający bliżej Kraalu są bardziej... nieprzejrzyści. Ich twarze są zamknięte, kamienne. Ukrywają swoje prawdziwe uczucia. - Zgadza się - przytaknął Tuli. - Żeglarze mawiają: Jeśli chcesz usłyszeć prawdę od Kraalucha, nie jest to zbyt trudne pod warunkiem, że przypiekasz mu tyłek pochodnią. - Phylomon wybuchnął śmiechem. Tuli podniósł oczy na niebieskoskórego mężczyznę. - Ja sam zawsze inaczej sobie ciebie wyobrażałem - ciągnął. - Myślałem o tobie jako o starym czarowniku pracującym nad magicznymi urządzeniami. Jesteś bardziej ludzki niż przypuszczałem. Gwiezdny Żeglarz roześmiał się z całego serca. Jego śmiech odbił się echem na łące. Na jej skraju, w odległości stu metrów, pojawiła się driada burmistrza. Była niska, miała niemal chłopięcą figurę, nosiła zieloną, koloru szmaragdowego sukienkę. W ręku trzymała długi nóż. Obserwowała obóz przez chwilę; kiedy zauważyła, że nikt na nią nie patrzy podbiegła do Phylomona. Koniki polne uciekały spod jej nóg. - Tchavs? Pokarm? - spytała po neandertalsku. Jej zielone oczy były szeroko otwarte ze strachu, błyszczały z głodu. Phylomon patrząc na jej twarz zdał sobie sprawę, że kiedyś ta leśna panna wyrośnie na prawdziwą piękność. Przypominała mu Saitę, driadę, którą kochał w młodości. Spotkał Saitę w górach akurat wtedy, gdy przechodziła Porę Oddania. Nie mógł się oprzeć działającemu jak afrodyzjak zapachowi jej ciała w okresie rui. Była bardzo zmysłowa i Phylomon nie umiał sobie wyobrazić, że Saita kiedyś wyglądała jak to dziecko: mała, o chłopięcych kształtach. Podał nowo przybyłej swój talerz. - Nie karm jej! Pójdzie za nami! - ostrzegł Tuli. - Pójdę z wami tylko do Gór Białych, gdzie, mam nadzieję znaleźć osikowe lasy. Mogę zapłacić za pożywienie! - powiedziała leśna panna głosem dźwięcznym jak melodia kryształowych dzwoneczków. Phylomon wytężył słuch, by zrozumieć jej słowa. - Jak się nazywasz, moje dziecko? - spytał. - Tirilee. - A jak nam zapłacisz za jedzenie? - Dwaj mężczyźni idą waszym śladem z miasta - powiedziała driada. - Okrążyli was i wyprzedzili. Mają działko duże i ciężkie. Muszą je nieść we dwóch. Bardzo się starali, żebyście ich nie zauważyli. Mówili, że później spotkają się z innymi. Phylomon pochylił głowę w zamyśleniu. - Nie wygląda na to, że chcą nam zwrócić naszą własność - zauważył z przekąsem. Tirilee uśmiechnęła się do niego. Plamista, srebrzysta skóra driady sprawiała, że jej twarzyczka wydawała się pociągła. Dziki błysk w oczach zdumiewał u kogoś tak młodego. - Myślisz, że nas zaatakują? - zapytał Tuli. - Jestem tego pewny - odparł Phylomon. - Jeszcze nie oczyściłem waszego miasta z handlarzy niewolników. Karząc śmiercią kilku, ściągnąłem na siebie gniew pozostałych. A pokazując im warte majątek kamienie szlachetne, obudziłem ich chciwość. Na pewno nie zaatakują nas tak blisko Smilodon Bay. Ktoś mógłby zbyt łatwo zauważyć ich ślady. - Zaczekaj ą kilka dni, aż wejdziemy na Wielkie Pustkowie, za Bramę Bogów, dodał w myśli. - Powiedz mi - zwrócił się do driady. - Znasz tych mężczyzn? - To bracia burmistrza - odparła Tirilee. - Głupi i długowłosy. - Oni nie są handlarzami niewolników! - powiedział zaskoczony Tuli. -Ona ma na myśli Hardy'ego. To mój przyjaciel -kretyn. A jego brat Saffrey... - Chce popełnić morderstwo - zakończył za niego Phylomon. -Wygląda na to, że ci bracia są bardzo ze sobą zżyci: jeśli uczynisz jednego swoim wrogiem, wszyscy stają się twoimi wrogami. Tuli skinął głową. - Nazywasz Hardy'ego swoim przyjacielem - mówił dalej Gwiezdny Żeglarz - a przecież pragnąc pomścić swoich braci zamierza on zabić zarówno ciebie, jak i twoją żonę. Gdzieś daleko stąd wycelują w nas ukradzione działko. Nie mogą zabić mnie, pozostawiając świadków tej zbrodni. Na twoim miejscu w przyszłości lepiej dobierałbym sobie przyjaciół. Dotarli do Bramy Bogów następnego dnia w południe. Czarny mur składał się z ułożonych jedna na drugiej warstw stopionego żużlu o grubości trzech centymetrów każda. Brama była zwyczajna, niczym nie ozdobiona, w samym środku wysoka na dziewięć metrów. Potomkowie Gwiezdnych Żeglarzy i Neandertalczycy wydeptali ziemię przechodząc przez te wrota, a Ludzie-Mastodonty, mięsożerne małpoludy, które niegdyś zamieszkiwały Ziemię, w wielu miejscach odłupali żużel, by sporządzić z niego prymitywne narzędzia. Kiedy podróżni przechodzili przez Bramę Bogów, Scandal odetchnął głęboko i zesztywniał ze strachu. Wsiadł na wóz, zaczął pić wino i śpiewać sprośną piosenkę znaną z tego, że nikt nie wiedział, ile ma zwrotek: "Siedziałem długo w pudle, Mogłem zostać dozorcą, Wolałem być żeglarzem, Bo wciąż mnie dziwki korca. Poznałem kiedyś Denę, Co świetną kurwą była, Lubiła chodzić nago, Więc ciuchy wyrzuciła... - Milcz, głupcze! - syknął Phylomon i pośpieszył do przodu, by zbadać wzrokiem trakt za bramą. Nikt się nie odezwał przez resztę dnia. Wypatrywali niebezpieczeństw i dostrzegali ich oznaki dosłownie wszędzie: dwanaście metrów za Bramą Bogów znaleźli świeży ślad Człowieka-Mastodonta, odcisk stopy długi na pięćdziesiąt trzy i szeroki na trzydzieści centymetrów
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Nie chcesz mnie, Ben. Składam się z siedmiu warstw popieprzenia okraszonych odrobiną gĂłwnianego szaleństwa.