ďťż
Nie chcesz mnie, Ben. SkĹadam siÄ z siedmiu warstw popieprzenia okraszonych odrobinÄ
gĂłwnianego szaleĹstwa.
I niezwykle stary. Andrews tarł i pluł na niego, aż stał się na tyle czysty, by móc odczytać inskrypcję. Blady zarys - nic więcej. Obracał przedmiot na wszystkie strony. Żeton? Uszczelka? Moneta?
Z tyłu widniało kilka pozbawionych znaczenia liter. Jakiś starożytny, zapomniany alfabet. Podniósł krążek do światła, by odróżnić poszczególne litery.
ET PLURIBUS UNUM
Wzruszył ramionami, wrzucił starożytny kawałek metalu do stojącego obok kosza na śmieci i skierował myśli ku wykresom gwiazd i zbliżającemu się domowi...
IMPOSTOR
Niedługo wezmę sobie trochę wolnego - oznajmił Spence Olham podczas pierwszego dania. Popatrzył na żonę. - Chyba zasłużyłem na odpoczynek. Dziesięć lat to kawał czasu.
- A co z Projektem?
- I beze mnie wygrają wojnę. Tak naprawdę, to tej naszej glinianej kuli nic nie grozi. - Olham usiadł przy stole i zapalił papierosa. - Media zniekształcają faktyczne dane, chcąc wzbudzić przekonanie, że kosmici siedzą nam na głowie. Wiesz, co chciałbym zrobić w czasie urlopu? Chciałbym pojechać na biwak w góry, za miasto, tam gdzie wtedy. Pamiętasz? Zatrułem się, a ty omal nie nastąpiłaś na węża.
- Do puszczy Sutton? - Mary przystąpiła do uprzątania naczyń. - Spłonęła kilka tygodni temu. Myślałam, że wiesz. W wyniku jakiejś tam eksplozji.
Olham zmarkotniał.
- Nie trudzą się nawet, aby ustalić przyczynę? - Wykrzywił usta. - Nic już nikogo nie obchodzi. Potrafią myśleć jedynie o wojnie. - Zacisnął zęby, widząc oczami wyobraźni kosmitów, wojnę oraz statki igłowe.
- Może wymyślimy coś innego?
Olham skinął głową. Oczywiście miała rację. Ciemne, nieduże statki z Alfy Centauri bez trudu ominęły ziemskie krążowniki, pozostawiając je niczym bezradne żółwie. Walki toczyły się jednokierunkowo, przez całą drogę powrotną na Terrę.
Dopóki laboratoria Westinghousea nie zaprezentowały kul ochronnych. Ulokowane wokół głównych ziemskich miast i wreszcie wokół samej planety, kule stanowiły pierwszy sposób obrony z prawdziwego zdarzenia i pierwszą sensowną odpowiedź udzieloną kosmitom, jakim to mianem określały ich media.
Jednak wygrana stanowiła odrębną kwestię. Każda pracownia, każdy zespół harował dzień i noc, bez końca dążąc do wynalezienia broni mającej zapewnić definitywne zwycięstwo w walce. Na przykład jego zespół. Od świtu do zmierzchu, rok po roku.
Olham wstał, gasząc papierosa.
- Jak miecz Damoklesa, ciągle wisi nam nad głową. Męczy mnie to. Pragnę jedynie długiego wypoczynku. Ale pewnie każdy czuje to samo.
Wyjął z szafy kurtkę i wyszedł na ganek. Niebawem powinien zjawić się transport; mały szybki pancernik, który zawiezie go do pracy.
- Mam nadzieję, że Nelson przyjedzie na czas. - Spojrzał na zegarek. - Dochodzi siódma.
- Jedzie - powiedziała Mary, spoglądając między rzędy domów. Słońce wyłaniało się zza dachów, rzucając na ołowiane płyty świetliste refleksy. W okolicy panował spokój; w obejściach krzątała się jedynie garstka ludzi. - Do zobaczenia. Spróbuj nie pracować ponad własną zmianę, Spence.
Olham otworzył drzwi samochodu i wślizgnął się do środka, z westchnieniem opadł na siedzisko. Obok Nelsona w samochodzie znajdował się starszy mężczyzna.
- No i? - zapytał Olham. - Jakieś interesujące wieści?
- Normalka - odparł Nelson. - Uderzyło kilka statków pozaprzestrzennych, ze względów strategicznych porzucono kolejną asteroidę.
- Doprowadzenie Projektu do końca przyniesie wreszcie jakiś konkretny rezultat. Może to tylko propaganda siana przez media, ale w ciągu ostatniego miesiąca naprawdę poczułem się zmęczony. Wszystko zdaje się tak ponure, pozbawione życia i monotonne.
- Sądzi pan, że wojna toczy się na próżno? - zapytał znienacka starszy mężczyzna. - Pan sam jest jej integralną częścią.
- To major Peters - wtrącił Nelson. Olham i Peters uścisnęli dłonie. Olham przyjrzał się starszemu mężczyźnie.
- Co sprowadza pana tak wcześnie? - zapytał. - Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek widział pana w zespole.
- Nie, nie należę do zespołu - odparł Peters - ale co nieco znam się na waszej pracy. Moja polega na czymś zupełnie innym.
Wymienił pospieszne spojrzenie z Nelsonem. Olham dostrzegł to i zmarszczył brwi. Pancernik nabierał prędkości, pędząc przez jałową, pozbawioną życia okolicę w kierunku dalekiego obrzeża siedziby zespołu.
- Czym pan się zajmuje? - zapytał Olham. - Czy może nie wolno panu o tym mówić?
- Pracuję dla rządu - odrzekł Peters. - Dla FAB-u, wydziału bezpieczeństwa.
- Ach tak? - Olham uniósł brew. - Czyżby w tym rejonie doszło do infiltracji ze strony przeciwnika?
- Tak naprawdę, to przybyłem tu, aby zobaczyć się z panem, panie Olham.
Jego odpowiedź zbiła Olhama z tropu. Rozważył ją, ale nie był w stanie wyciągnąć żadnych wniosków.
- Ze mną? Dlaczego?
- Przybyłem tu, aby aresztować pana jako szpiega. Właśnie to sprowadziło mnie tak wcześnie. Łapać go, Nelson!
Olham poczuł pod żebrami ucisk pistoletu. Pobladły na twarzy Nelson trząsł się cały od hamowanych emocji. Gwałtownie łapał i wydychał powietrze.
- Czy teraz powinniśmy go zabić? - wyszeptał do Petersa. - Chyba tak. Nie ma na co czekać.
Olham spoglądał w twarz przyjacielowi. Bezgłośnie poruszył ustami. Obaj mężczyźni patrzyli na niego nieruchomym wzrokiem z przerażeniem wypisanym na stężałych obliczach
|
WÄ
tki
|