Nie chcesz mnie, Ben. Składam się z siedmiu warstw popieprzenia okraszonych odrobiną gównianego szaleństwa.
HEX jest codziennie dokładnie testowany.
– Słuszna uwaga. – Ridcully raz jeszcze waln±ł w urz±dzenie do słuchania. – HEJ,
TY
TAM!!!
– Naprawdę nie trzeba krzyczeć, panie nadrektorze – powtórzył My¶lak.
– No więc co to s± te Antropomorficzne Personifikacje?
+++ Ludzie Zawsze Przypisywali Przypadkowe, Okresowe, Naturalne Lub
Niewyja¶nione Zdarzenia Istotom Człekokształtnym. Przykładami S± Mróz,
WiedĽmikołaj,
Wróżka Zębuszka I ¦mierć +++
– Ach, oni... ale oni przecież istniej± – zdziwił się Ridcully. – Sam spotkałem
kilkoro.
+++ Ludzie Nie Zawsze Się Myl± +++
– No dobrze. Ale jestem pewien, że nigdy nie było żadnego pożeracza skarpetek
ani boga
kaca.
+++Jednak Nie Ma Powodu, Dla Którego Nie Mogliby Istnieć +++
– To co¶ ma rację, wiecie – stwierdził wykładowca run współczesnych. – Kiedy się
zastanowić, to mały człowieczek, który roznosi kurzajki, ma tyleż sensu co kto¶,
kto za
pieni±dze zabiera dziecięce zęby.
– No tak, ale co z pożeraczem skarpetek? – zapytał kierownik studiów
nieokre¶lonych. –
Kwestor akurat mówił, jak to zawsze podejrzewał, że co¶ zjada mu skarpety, i
bęc, już takie
co¶ mamy.
– Bo wszyscy mu uwierzyli¶my, prawda? Ja na pewno. To chyba najlepsze możliwe
wyja¶nienie dla tych wszystkich skarpet, jakie zgubiłem przez lata. Przecież
gdyby spadały
gdzie¶ za szufladę albo co¶ podobnego, zebrałaby się ich cała góra.
– Wiem, o co panu chodzi – zgodził się My¶lak. – To jak z ołówkami. Przez lata
pracy
musiałem kupić chyba setki ołówków, a ile tak naprawdę wypisałem do końca? Sam
nawet
przyłapałem się na podejrzeniu, że co¶ się tu zakrada i je wyżera.
ZadĽwięczało ciche „dzyń, dzyń, dzyń”. My¶lak zamarł.
– Co to było? – zapytał. – Czy powinienem się odwrócić? Zobaczę co¶ potwornego?
– Wygl±da jak do¶ć zaskoczony ptak – uspokoił go nadrektor.
– Z bardzo dziwacznie ukształtowanym dziobem – dodał wykładowca run
współczesnych.
– Chciałbym wiedzieć, kto dzwoni tymi przeklętymi dzwoneczkami – mrukn±ł
Ridcully.
O, bóg słuchał uważnie. Susan była zdumiona. Wydawał się niczemu nie dziwić.
Nigdy
jeszcze nie rozmawiała z nikim tak szczerze – i powiedziała mu to.
– To pewnie dlatego, że na pocz±tku niczego nie zakładałem – wyja¶nił. – Może
dlatego,
że nie byłem poczęty.
– W każdym razie tak to wygl±da – podsumowała Susan. – Jak widzisz, nie
odziedziczyłam żadnych... cech fizycznych. Przypuszczam, że tylko patrzę na
¶wiat w pewien
szczególny sposób.
– Jaki sposób?
– No... nie zawsze istniej± w nim bariery. Jak z tym, na przykład.
Zamknęła oczy. Lepiej się czuła, kiedy nie widziała, co robi. Jaka¶ czę¶ć jej
umysłu
upierała się, że to niemożliwe.
Poczuła tylko delikatny chłód i lekkie mrowienie.
– Co przed chwil± zrobiłam? – spytała, nie otwieraj±c oczu.
– No... pomachała¶ ręk± przez stół.
– Sam widzisz.
– Hm... zakładam, że większo¶ć ludzi tego nie potrafi?
– Nie!
– Nie musisz krzyczeć. Nie mam do¶wiadczenia w kwestiach ludzkich istot, prawda?
Z
wyj±tkiem tej chwili, kiedy słońce ¶wieci przez szczelinę w zasłonach. A wtedy
na ogół
pragn±, żeby rozst±piła się ziemia i je pochłonęła. To znaczy ludzkie istoty,
nie zasłony.
Susan wyprostowała się na krze¶le. Wiedziała, że maleńka czę¶ć mózgu powtarza,
że tak,
jest tutaj krzesło, całkiem realne, można na nim siedzieć.
– S± też inne sprawy – powiedziała. – Czasami pamiętam różne wydarzenia.
Wydarzenia,
które się jeszcze nie wydarzyły.
– To użyteczne?
– Nie! Bo nigdy nie wiem, jak... Rozumiesz, to jakby ogl±dać przyszło¶ć przez
dziurkę od
klucza. Widzisz różne fragmenty, ale nigdy naprawdę nie wiesz, czym s±, dopóki
nie dotrzesz
do odpowiedniej chwili i nie zobaczysz, jak pasuj± do cało¶ci.
– To może być pewien kłopot – zgodził się uprzejmie o, bóg.
– Możesz mi wierzyć. Zreszt± najgorsze jest czekanie. Patrzysz, kiedy zdarzy się
pierwszy fragment. Na ogół nigdy nie pamiętam z przyszło¶ci niczego użytecznego,
tylko
takie pomieszane sugestie, które nie maj± żadnego sensu do chwili, kiedy już
jest za póĽno.
Czy na pewno nie wiesz, czemu się pojawiłe¶ akurat w zamku WiedĽmikołaja?
– Nie. Pamiętam tylko, że byłem... no, czy rozumiesz, o co chodzi w okre¶leniu
„bezcielesna jaĽń”?
– O tak.
– Dobrze. Potrafisz zatem zrozumieć, o co chodzi z bezcielesnym bólem głowy. A
potem,
całkiem nagle, leżałem na plecach, których wcze¶niej nie miałem, w takim czym¶
zimnym i
białym, czego nigdy wcze¶niej nie widziałem. Ale my¶lę, że je¶li masz już
zaistnieć, w jakim¶
miejscu musi to nast±pić.
– Gdzie¶, gdzie kto¶ inny, kto powinien istnieć, nie istnieje – stwierdziła
Susan, na wpół
do siebie.
– Słucham?
– Nie było tam WiedĽmikołaja. I tak nie powinno go tam być, nie dzi¶ w nocy, ale
tym
razem nie było go nie dlatego, że był gdzie indziej, tylko dlatego, że nigdzie
już nie był.
Nawet jego zamek znikał.
– Pewnie z czasem lepiej zrozumiem, o co chodzi z t± inkarnacj± – pocieszył j±
o, bóg.
– Większo¶ć... – zaczęła Susan. I nagle zadrżała. – Och, nie! Co on robi? CO ON
ROBI?
DOBRA ROBOTA, MOIM ZDANIEM.
Sanie pędziły po niebie. W dole przesuwały się o¶nieżone pola.
– Hmmf – odparł Albert. Poci±gn±ł nosem.
JAK NAZYWASZ TO WRAŻENIE CIEPŁA, KTÓRE CZUJESZ W ¦RODKU?
– Zgaga – burkn±ł Albert.
CZYŻBYM WYCZUWAŁ NUTĘ NIE¦WIˇTECZNEGO ZRZĘDZENIA? – zapytał
¦mierć. OJ, NIE BĘDZIE DLA CIEBIE CUKROWEJ ¦WINKI, ALBERCIE.
– Nie chcę żadnych prezentów, panie. – Albert westchn±ł. – Może tylko tego, żeby
się
obudzić i odkryć, że wszystko znów jest normalne. Przecież wiesz, że kiedy
zaczynasz co¶
zmieniać, zawsze się to Ľle kończy.
ALE WIED¬MIKOŁAJ MOŻE WPROWADZAĆ ZMIANY. NIEWIELKIE CUDA TU
I TAM, I DUŻO WESOŁEGO HO, HO, HO. TO UCZY LUDZI RZECZYWISTEGO
ZNACZENIA STRZEŻENIA WIED¬M
|
WÄ…tki
|